Może to nie były walki z marlinem, ale … ale po kolei.

Jestem dość zapracowanym człowiekiem, w średnim wieku, od pewnego czasu samodzielnie sobie radzącym w różnych sprawach – nie wszystkie związki przetrzymują próbę czasu. Niespodziewanie udało mnie się wygospodarować kilka wolnych dni, więc korzystając z nieodzownego Bookinga wyłowiłem dość ciekawą ofertę blisko Łodzi, gdzie na co dzień mieszkam i pracuję. Określenia „Łódź” i „wyłowiłem” nie są przypadkowe. W dzieciństwie mój ojciec często mnie zabierał na wędkowanie    z łódki – nigdy jakoś szczególnie ta pasja taty mnie nie wciągnęła, ale i też nie była uciążliwa. Dlatego, gdy pomyślałem o rybkach to skupiłem się na pojechaniu w miejsce, gdzie można by zamoczyć kija. I znalazłem ofertę w Ciechocinku. Rybka, rybką, ale warunki pobytowe chcę mieć zbliżone do cywilizowanych. Wszystko pięknie, tylko po przyjeździe uświadomiłem sobie, że nie mam wędki. Siara. I tu pełne zaskoczenie.

hotel

W hotelu „Teodorka”, bo tam pojechałem, bez problemu udostępniono mi stosowny sprzęt. Nie jakiś wyjątkowy, profesjonalny – wystarczający jednak do wpatrywania się w spławik siedząc nad niewielkim, ale niezwykle sympatycznym stawikiem. Rybostan też nie jakiś nadzwyczajny, ale dla mnie w sam raz. Zwłaszcza, że i tak wszystkie rybki wracały do wody. Liczyłem na jakąś złotą, nawet byłem gotowy ją pocałować. Wszystkie raczej szare. Ale cztery nie wróciły. Okazało się, że szef kuchni, sympatyczny góral Józiek widząc mnie kolejny raz z wędką podszedł i pyta: I co nie biorą? Mówię, że biorą, ale je wypuszczam. Zdziwiony pyta, czy ja nie jadam ryb? Jadam. No to oznajmił, żeby kilka mu przynieść. Smacznie w życiu jadałem. Lecz te rybki były wyjątkowo przyrządzone i podane – zresztą jak i wszystkie posiłki w „Teodorce”. A że nie tylko rybkami, jedzeniem i spaniem żyłem, to muszę wspomnieć nie tylko o moczeniu kija w stawie, ale siebie całego w jacuzzi i wygrzewaniu kości w saunie z namiastką słynnej ciechocińskiej tężni.

hotel

Czego potrzeba więcej – no może jakiejś miłej masażystki, która wyklepałaby zbolałe mięśnie. I proszę – złotej rybki, która spełniłaby to życzenie nie złowiłem, ale masażystka – jak się patrzy. Wychodziłem z zabiegów zrelaksowany, a że pani siły miała sporo to i także lekko obolały. Warto było. A wracając do Jóźka – miły młody facet. Wychodzi ubrany w odpowiedni strój kucharski do gości i, o zgrozo, zdradza tajemnice kuchni ! Pewnie nie wszystkie, ale czegoś jednak się dowiedziałem.

I wedle zasady „jak cię widzą tak cię piszą” ja o „Teodorce” piszę z wielką radością dobrze. Jest to hotel naprawdę nietuzinkowy i zasługujący na pochwałę. Zresztą spora liczba obecnych w hotelu dowodzi, że nie tylko ja to miejsce wyczaiłem.

Po następnej wizycie pewnie też coś napiszę.